Już za chwilę, za niedługi momencik, ożyje nie dobita kwestia naszych podatków. Wrócimy tam, gdzie tę kwestię, za sprawą weta pana prezydenta, a więc nie całkiem z własnej i nieprzymuszonej woli, żywcem pogrzebaliśmy w roku ubiegłym. Czy należy przez to rozumieć, że wrócimy dokładnie w to samo miejsce, gdzie osadziła nas odwaga, upór i bezkompromisowe umiłowanie prawdy, prawa oraz sprawiedliwości głowy naszego państwa? No, jednak niezupełnie. Lekko się bowiem przez ten stracony rok posuniemy. Niestety, niekoniecznie w stronę raju.Po pierwsze - przyrost prywatnych krajowych oszczędności, który leży u podstaw podatkowej reformy, staje się problemem coraz bardziej gardłowym. Po drugie - podpis prezydenta pod ustawą o PIT znacznie zyska na wadze w trakcie kampanii wyborczej. Po trzecie - za sprawą niemieckiej lewicy, najwyraźniej chyba społecznie wrażliwej inaczej, oczekiwać należy fali podatkowych rewolucji w Unii Europejskiej, co stawia nas, prawdę powiedziawszy, pod ścianą. Nikt nie lubi być stawiany pod ścianą, a już...